Polskie fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości coraz skuteczniej wychwytują kierowców łamiących przepisy. Problem w tym, że samo zdjęcie nie zawsze oznacza mandat. Szczególnie wtedy, gdy wykroczenia dopuszcza się kierowca samochodu zarejestrowanego poza Unią Europejską.
Problem z ustaleniem właściciela lub użytkownika auta
Z danych przywoływanych przez media wynika, że w 2025 roku urządzenia systemu CANARD zarejestrowały ponad 1,3 mln naruszeń. Ponad 120 tys. z nich miało dotyczyć pojazdów spoza UE. Mandatów wystawionych takim kierowcom było jednak zaledwie kilka tysięcy.
Największą grupę stanowiły samochody z Ukrainy. W ich przypadku odnotowano ponad 77 tys. naruszeń, ale mandatów miało być około 2,5 tys. Jeszcze większy rozdźwięk widać przy pojazdach z Białorusi – 7,4 tys. naruszeń i tylko 42 mandaty. W przypadku aut z Rosji odnotowano 218 wykroczeń, ale nie wystawiono żadnego mandatu.
Problem nie polega na tym, że fotoradary rejestrują prędkość, robią zdjęcia i zapisują dane pojazdu. Schody zaczynają się, gdy trzeba ustalić właściciela lub użytkownika auta. W przypadku państw spoza Unii Europejskiej brakuje skutecznych mechanizmów wymiany danych, które pozwalałyby szybko i automatycznie kierować sprawy do ukarania.
Równość wobec prawa i skuteczność systemu
W praktyce oznacza to, że polski kierowca po zdjęciu z fotoradaru może spodziewać się wezwania, punktów karnych i mandatu. W przypadku części pojazdów zarejestrowanych poza UE sprawa często kończy się na samej rejestracji wykroczenia.
To rodzi pytania o równość wobec prawa i skuteczność systemu. Zwłaszcza że problem nie jest marginalny – chodzi o dziesiątki tysięcy przypadków rocznie. Bez lepszej współpracy międzynarodowej i skuteczniejszej wymiany danych fotoradary nadal będą widzieć wykroczenia, ale państwo nie zawsze będzie w stanie wyciągnąć z tego konsekwencje.
Napisz komentarz
Komentarze