Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
czwartek, 7 maja 2026 17:21
Reklama
Luksusowa wyprawa, która zamieniła się w biologiczną pułapkę

Śmiercionośny wirus na wycieczkowcu. Dramat pasażerów MV Hondius z Polakami na pokładzie

Miał być rejs marzeń po wodach Antarktydy i Ameryki Południowej, a skończyło się na międzynarodowym skandalu dyplomatycznym i walce o życie. Na pokładzie holenderskiego statku MV Hondius doszło do wybuchu ogniska rzadkiego hantawirusa szczepu Andes. Wśród uwięzionych na pełnym morzu pasażerów są Polacy.
Śmiercionośny wirus na wycieczkowcu. Dramat pasażerów MV Hondius z Polakami na pokładzie
Statek wycieczkowy MV Hondius-AFP

Wszystko zaczęło się 1 kwietnia 2026 roku w argentyńskim porcie Ushuaia. To tam na pokład MV Hondius wsiadła para Holendrów, która przez ostatnie miesiące zwiedzała bezdroża Ameryki Południowej. Nie wiedzieli, że w ich organizmach drzemie niewidzialny pasażer na gapę: wirus Andes (ANDV).

Cichy zabójca z argentyńskich bezdroży

Hantawirusy zazwyczaj kojarzą się z gryzoniami, ale szczep Andes jest wyjątkowo przebiegły. Jako jedyny z tej rodziny potrafi przenosić się bezpośrednio z człowieka na człowieka. Dla pasażerów statku, przebywających w zamkniętych kabinach i wspólnych korytarzach, była to fatalna wiadomość.

Wirus uderza gwałtownie. Zaczyna się od "zwykłej" gorączki i bólów mięśni, by po kilku dniach doprowadzić do ciężkiej niewydolności płuc.
 

Kluczowe fakty o wirusie Andes:

Cecha

Charakterystyka

Śmiertelność

Nawet do 40% przypadków

Główny objaw

Gwałtowna niewydolność oddechowa (HPS)

Źródło

Kontakt z gryzoniami lub chorym człowiekiem

Leczenie

Brak leku – tylko podtrzymywanie życia (np. respirator)

 

Chronologia strachu: Od Ushuaia po Teneryfę

Pierwszy pasażer zmarł 11 kwietnia. Przez kolejne dwa tygodnie sytuacja na statku stawała się coraz bardziej napięta. Kiedy jednostka dotarła do wybrzeży Afryki, władze Republiki Zielonego Przylądka kategorycznie odmówiły wpuszczenia statku do portu. Pasażerowie zostali uwięzieni na kotwicowisku, a jedzenie i leki dostarczali im ratownicy w specjalnych kombinezonach.

Dopiero 6 maja Hiszpania, pod naciskiem organizacji międzynarodowych, zgodziła się przyjąć statek w przemysłowym porcie Granadilla na Teneryfie, z dala od głównych kurortów turystycznych.

 

Polski wątek na środku Atlantyku

Dla nas ta sprawa ma szczególne znaczenie. Jak potwierdził rzecznik MSZ, Maciej Wewiór, kapitanem jednostki MV Hondius jest Polak. To na jego barkach spoczął ciężar zarządzania kryzysem i negocjacji z portami, które po kolei zamykały przed nim drzwi.

Na pokładzie znajduje się również kilku naszych rodaków (w tym co najmniej jeden członek załogi). Na szczęście, według oficjalnych komunikatów z 5 maja, wszyscy Polacy czują się dobrze i nie wykazują objawów zakażenia. Po powrocie do kraju będą musieli jednak poddać się ścisłemu monitoringowi Głównego Inspektoratu Sanitarnego.

 

Czy mamy się czego obawiać w Europie?

Mimo dramatycznych opisów, eksperci z WHO i ECDC uspokajają: ryzyko dla mieszkańców Europy jest "bardzo niskie".

  • Brak nosicieli: Wirus potrzebuje specyficznych gryzoni z Ameryki Południowej, by przetrwać w przyrodzie. W Europie ich nie ma.
  • Izolacja: Wszystkie podejrzane osoby są transportowane w specjalnych kapsułach medycznych.
  • Trudna transmisja: Choć wirus przenosi się między ludźmi, wymaga to bardzo bliskiego kontaktu (np. spania w jednym łóżku).

Obecnie trwa wielka operacja repatriacyjna. Pasażerowie są przewożeni czarterami do swoich krajów, gdzie czeka ich kwarantanna. Cała sytuacja ma wyjaśnić się do połowy czerwca - wtedy minie maksymalny okres, w którym u ostatniej osoby mogłyby wystąpić objawy


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama